
Published in Industry Insights
Pytanie za jedno euro
O intrygującym braku zweryfikowanych Włochów

Jordan Angelov
VP Products
Na MeatBorsa jest mała zielona odznaka, która kosztuje jedno euro. Za cenę połowy espresso – jednej trzeciej w Mediolanie – firma może udowodnić całemu europejskiemu rynkowi mięsa, że jest, w istocie, sobą. Zrobili to Niemcy. Zrobili to Polacy. Bułgarzy, Rumuni, okazjonalny, żądny przygód Koreańczyk. A jednak, w chwili pisania tego tekstu, liczba zweryfikowanych włoskich firm na naszej platformie zatrzymała się na liczbie tak okrągłej, tak doskonale nieskazitelnej, że mogłaby stoczyć się ze stołu: zero.
To dziwne, bo Włochy nie są postacią drugoplanową w historii mięsa. To cywilizacja, która dała światu prosciutto di Parma, mortadellę, guanciale i co najmniej czterysta regionalnych opinii na temat salami. Włosi handlują mięsem tak, jak inne narody wymieniają uprzejmości. Są na platformie. Przeglądają. Piszczą wiadomości. Negocjują z taką werwą, że nasze logi czatu czyta się jak libretto opery. Po prostu w żadnych okolicznościach nie zapłacą jednego euro, żeby potwierdzić własne istnienie.
Mam swoje teorie.
Pierwsza jest taka, że problemem jest cena. Jedno euro budzi podejrzenia. Sto euro byłoby opłatą; jedno euro jest zagadką. Gdzieś włoski kierownik zakupów mruży oczy, patrząc na przycisk, i myśli: nikt nie sprzedaje zaufania tak tanio, chyba że to zaufanie jest towarem. Jest w tym pewna handlowa mądrość, doskonalona przez stulecia targów, i szanuję ją, nawet jeśli rujnuje moje statystyki.
Druga teoria to biurokratyczne zmęczenie. Włoska firma ma już certyfikowany adres e-mail PEC, tożsamość cyfrową, odpis z izby handlowej, kod podatkowy, numer VAT i szufladę pieczątek, która przetrwałaby trzęsienie ziemi. Poprosić tę firmę, by zweryfikowała się jeszcze raz – dobrowolnie, rekreacyjnie, na stronie internetowej – to jak zapytać maratończyka na mecie, czy chciałby wrócić do domu truchtem.
Trzecia teoria jest najbardziej włoska ze wszystkich: weryfikacja zakłada wątpliwość. Kliknięcie tego przycisku to przyznanie, że ktoś, gdzieś, mógł się zastanawiać, czy jesteś tym, za kogo się podajesz. Nie do pomyślenia. Firma, która sprzedaje coppę w tej samej dolinie od 1962 roku, nie będzie się tłumaczyć przed odznaką. To odznaka powinna się tłumaczyć przed nimi.
I może właśnie w tym tkwi prawdziwa lekcja. W dużej części Europy zaufanie to pole do odhaczenia; we Włoszech to relacja. Buduje się je podczas lunchów, które trwają dłużej niż kwartały rozliczeniowe, przypieczętowuje uściskiem dłoni, podtrzymuje, pamiętając imiona dzieci drugiej strony. Niebieski znaczek obok tego wszystkiego musi wyglądać jak plastikowy widelec na weselu.
Więc odznaka czeka. Jedno euro, wiecznie niezapłacone, jak moneta wrzucona do fontanny na odwrót. A gdzieś w Emilii-Romanii handlarz domyka kolejną transakcję po staremu – pięknie, głośno i całkowicie niezweryfikowany.
Żadna z tych uwag, doprecyzujmy, nie jest skargą. Kochamy Włochy – bezradnie, nieprofesjonalnie, tak jak kocha się genialnego przyjaciela, który zawsze spóźnia się czterdzieści minut. Kochamy jedzenie, temperament, telefony, które zaczynają się od interesów, a kończą przepisami. Rynek jest lepszy, głośniejszy i zdecydowanie smaczniejszy dzięki każdemu Włochowi, który się na nim pojawia. Chcemy tylko powiedzieć: odznaka jest, euro jest małe, a nasza sympatia – w przeciwieństwie do waszego statusu weryfikacji – nie wymaga żadnego potwierdzenia.